Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Praktyczne porady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Praktyczne porady. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 grudnia 2011

O Cavie praktycznie, czyli hiszpański (kataloński?) szampan w akcji!


Sylwester 2011 zbliża się wielkimi krokami, więc większość z nas ma pewnie w planach przywitać go z szampanem, a raczej musującym winem, w ręku. Dziś chciałabym zwrócić waszą uwagę ku innej wyśmienitej opcji, jaką nam proponuje rynek hiszpański, a mowa tu o CAVIE (uwaga językowa: wbrew pozorom nie jest to la Cava, tylko EL Cava – tak jak i zresztą el vodka, el tequila, etc). Cava szturmem zdobywa świat, a wielu wręcz śmie twierdzić, ze najlepsze egzemplarze Cavy z powodzeniem mogą konkurować z prawdziwymi szampanami francuskimi. Plotka rozpuszczona przez samych Hiszpanów? Cóż, o tym musicie się przekonać sami!

Skąd pochodzi CAVA?

W zasadzie prawie cała produkcja Cavy (ok. 95%) znajduje się w Kataloni, a ściślej rzecz biorąc w rejonie o nazwie Alto Penedés. I choć zaczęto produkować Cavę też w innych częściach Hiszpanii, na przykład w Walencji czy w słynącym ze znakomitych win Ribera de Duero, Katalonia wciąż wiedzie wyraźny prym na rynku Cavy.

Sama nazwa (Cava) dla tego hiszpańskiego wina musującego została oficjalnie wprowadzona w 1972 roku, aby uniknąć konfliktu z Francją, która widząc u sąsiadów silną konkurencję dla swojego szampana naciskała, aby nazwa ''szampan'' ograniczała się tylko do wyrobów z rejonu Champagne. Od tej pory CAVA to tzw. ''denominación de origen'', na którą sobie mogą zasłużyć tylko te bodegi, które spełniają odpowiednie kryteria jakości (więcej o ''denominación de origen'' piszę tu)

Skąd bierze się CAVA?

Ogólnie rzecz biorąc Cavę wytwarza się z białych winogron, choć oczywiście do Cav różowych używane są te czerwone. Jako, że te zapiski mają być praktycznym przewodnikiem po cavie, zainteresowanych szczegółami produkcji odsyłam do konsultacji sekcji z linkami, które znajdziecie pod spodem tego artykułu.

Głównymi rodzajami szczepów winogron (variedades de uva) używanych do produkcji Cavy są:

Macabeo (macabeo to zresztą typowy rodzaj gron wykorzystywany do produkcji białych win w Hiszpanii)
Xarel-lo
Parellada

Natomiast do produkcji Cav zbliżonych w smaku do szampana oryginalnego wykorzystywane są też szczepy chardonnay oraz pinot noir.

Jak powstaje CAVA?

Cava to wino, które przechodzi proces fermentacji dwa razy, w tym druga fermentacja przebiega już w samej butelce. Właśnie w ciągu tej drugiej fermentacji uwalnia się charakterystyczny dla win musujących dwutlenek węgla.

Jak rozszyfrować CAVĘ?

Istnieje 6 rodzajów Cav w zależności od ilości zawartego w niej cukru:
1. Brut Nature (bez cukru, czyli cava najbardziej wytrawna)
2. Extra Brut (wytrawna, do 6 gram cukru na litr)
3. Brut (do 15 gram cukru)
4. Seco (od 17-35 gram cukru)
5. Semiseco (od 35-50 gram cukru, Cava półsłodka)
6. Dulce (ponad 50 gram cukru, Cava słodka)


Jeśli zaś chodzi o dojrzewanie Cavy (crianza), to wyróżniamy:
  • Joven (młoda) od 9 do 15 miesięcy
  • Reserva od 15 do 30 miesięcy
  • Gran reserva wino leżakowane ponad 30 miesięcy.
Jako ciekawostkę dodam, iż Cava typu Gran reserva może być tak nazwana tylko, jeśli pozwoli na to specjalna rada katalońska do spraw Cavy, po uprzedniej jej degustacji i analizie1.

Jakie tajemnice kryje korek Cavy?

Na korku cavy, od spodu, zazwyczaj zobaczymy namalowaną czteroramienną gwiazdkę, co oznacza, że proces fermentacji został przeprowadzony w butelce i jest to znak jej dobrej jakości. 

Jeśli zamiast gwiazdki ujrzymy kólko, znaczy to, że proces fermentacji odbył się poza butelką (żeby ten proces przyspieszyć), czyli w dużych zbiornikach, z których następnie wino zostało rozlane do butelek (bąbelki są wtedy większe). Taką metodą (nazywaną granvás) otrzymuje się niestety wino musujące gorszej jakości. 

Jeśli zaś naszym oczom okaże się trójkąt, znaczy to, że jest to najgorszej jakości wino musujące, gdzie dwutlenek węgla został podany w formie sztucznej (czyli nie został wytworzony w procesie naturalnej fermentacji). Rzadko można też spotkać prostokąty, które należałoby uplasować pomiędzy gwiazdką, a kółkiem (wino fermentowane w butelce, ale z pominięciem paru ważnych faz produkcji Cavy, zainteresowanych takimi szczegółami zapraszam do sekcji z linkami). Reasumując: najlesza jest gwiazdka, w zasadzie tylko cava z gwiazdką to prawdziwa cava.



Na etykiecie butelki Cavy (z przodu i z tyłu) powinna się znaleźć garść podstawowych informacji2:


Nazwa cavy (np. Gramona, Barocco, etc)
Typ wina (np. brut natural, brut, seco, etc)
Rejon, z którego pochodzi , któremu przy dobrych cavach będzie towarzyszyła “Denominación de origen
Rok zbioru winogron (año de cosecha)oraz rok, w którym wino zostało zabutelkowane*

Nazwa firmy, która produkuje cavę (tzw. bodega)

Inne informacje, takie jak pojemność butelki (najczęściej 0,75litra), procent alkoholu, itp


* to drugie pojawia się raczej rzadko na butelce
Na koniec dodam, iż najlepsza butelka to butelka zrobiona ze szkła ciemnego, gdyż tak najlepiej chroni się wino przed szkodliwym działaniem światła.

Jak i do czego należy podawać CAVĘ?

Cavę podajemy dobrze schłodzoną w temperaturze ok. 4-7 stopni C, maksymalnie 8, choć niektórzy producenci polecają też trochę wyższą temperaturę aż do 10 stopni (ja osobiście wolę niższą temperaturę). Nie należy zmrażać jej w zamrażalniku, gdyż spowoduje to częściową utratę jej aromatów i smaku. Najlepiej więc włożyć cavę do lodówki na cztery godziny przed podaniem.

W zależności od zawartości cukru będziemy dobierać do cavy odpowiednie towarzystwo w jedzeniu. Tak więc te najbardziej wytrawne cavy (brut) będą pasować do ryb, mięsa, wędlin, owoców morza i słonych przystawek, a te słodkie wersje zostawmy raczej do deserów.

Jaką CAVĘ wybrać?

Ceny dobrych win w Hiszpanii nie są wygórowane, czego niestety nie da się powiedzieć o Polsce. Dlatego też znajomym, którzy wybierają się do Hiszpanii, zawsze polecam zakup wina czy cavy jako pamiątki z pobytu lub prezentu dla rodziny i przyjaciół w Polsce :-)

Najbardziej cenione cavy to te wytrawne, czyli typu BRUT. W Hiszpanii można zakupić całkiem poprawne smakowo cavy już od 5 euro, a w granicach 10 dostaniemy naprawdę świetną cavę.


Najbardziej znani w Hiszpanii producenci cavy to zdecydowanie Freixeet i Codorniu (np. znana cava Anna de Codorniu). Są to marki bardzo rozpoznawalne i godne zaufania.

Podstawowe informacje o CAVIE
zawartość alkoholu: ok. 11,5% Vol.
temperatura podawania: 4-7 stopni C (max. 8)
temperatura idealna do przechowywania: 16 stopni (nie powinna przekraczać 18)


Słowniczek przydatnych terminów
espumoso
gazowane
graduación alcoholica
zawartość alkoholu
año de cosecha
rok zbioru winogron
servir frío
podawać schłodzone
crianza
dojrzewanie
variedad de uva
rodzaj winogrona (szczep)


Źródło informacji, z których korzystałam:


Przydatne linki dla tych, których interesuje pogłębienie swojej wiedzy o cavie:

Na początek zachęcam do bardzo ciekawego artykułu w POLITYCE:
O korkach (po hiszpańsku)
Historia, informacja na temat produkcji Cavy oraz wiele cennych wskazówek (po hiszpańsku)




Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku 2012 i samych wspaniałych wrażeń na Sylwestrze (może w Hiszpanii?) życzy autorka blogu!



poniedziałek, 26 grudnia 2011

Nostryfikacja w Hiszpanii, czyli...la paciencia es la madre de la ciencia!


Czy warto?

Biorąc pod uwagę fakt, iż proces nostryfikacji przebiega w Hiszpanii od co najmniej kilku miesięcy do dwóch lat i więcej (zależy od typu nostryfikacji, o tym dalej) jeśli planujemy długi pobyt w Hiszpanii, zawsze warto mieć taki papier pod ręką. Niestety wiąże się to z kosztami, które w większej części zależą od tego, ile dokumentów mamy do przetłumaczenia i jaki rodzaj nostryfikacji nas interesuje.

Do czego się nam może nostryfikacja przydać? Jest niezbędna w przypadku starania się o stanowisko państwowe (nauczyciele, pracownicy administracyjni, itp) i bardzo przydatna jeśli chcemy studiować w Hiszpanii. Nie jest wymagana w sektorze prywatnym, choć z tego co wiem mile widziana. To tylko te najważniejsze przypadki; ogólnie rzecz biorąc jest to dokument, który może nam bardzo ułatwić życie.
Typy nostryfikacji
Generalnie mówiąc mamy dwa typy nostryfikacji oraz tzw. aplicación de Directivas de la  Unión Europea, która też mieści się w kategorii nostryfikacji i jest dokumentem upoważniającym do pracy w danym zawodzie, czyli uznającym nasze kwallifikacje zawodowe (głównie dotyczy lekarzy,dentystów, nauczycieli), opcja ta jest BEZPŁATNA, a pozostałe dwie płatne.
Reasumując, możemy starać się o:
Homologación a Titulo Universitario
Homologación a Grado Académico
Aplicación de Directivas de la Unión Europea
PIERWSZA opcja to nostryfikacją naszego tytułu akademickiego na hiszpański jako licencjat (diplomado) lub magister (licenciado) bądź też inne tytuły, ograniczę się do tych najważniejszych. UWAGA: ten typ nostryfikacji nie będzie mówić o typie studiów, jakie skończyliśmy. To bardzo ważne: na papierku, który dostaniemy w przeciągu paru miesięcy widnieć będzie tylko nasz stopień akademicki. W większości wypadków taka nostryfikacja wystarcza, nawet do nauczania w liceum (ciekawostką jest fakt, że nawet mając magistra z matematyki możemy uczyć geografii, o ile zdamy specjalne państwowe egzaminy i zrobimy podyplomowe studia jednoroczne pedagogiczne) ale jeśli chcielibyśmy, na przykład,  uczyć w podstawówce, musimy w tym przypadku zrobić nostryfikację drugiego typu, w której jasno i wyraźnie będzie napisane, że nasz tytuł akademicki to licencjat z nauczania początkowego. I tu zaczynają się schody...
Po pierwsze, druga opcja, czyli Homologacióna Grado Académico, jest dwa razy droższa już przy opłacie wstępnej, a może i dojść do bardzo dużych opłat, jeśli komisja stwierdzi, że nasze studia w Polsce nie zawarły jakiś przedmiotów, które musimy ‘’dorobić’’ w Hiszpanii.Najpierw jednak trzeba cierpliwie czekać co najmniej ROK na jakiekolwiek wieści do szanownej komisji. Co trzy miesiące będziemy otrzymywać pismo informujące o przebiegu naszej nostryfikacji. 
Ja sama przeszłam i przechodzę przez wszystkie stopnie nostryfikacji.Pierwszy stopień poszedł gładko i bez żadnych problemów, dostałam papierek po 8 miesiącach.Jeśli chodzi o nostryfikację typu drugiego po ponad roku czekania dostałam tzw. Informe (raport), w którym dokonano dogłębnej analizy i rozebrano na części pierwsze moje studia. 

Na szczęście okazało się, że brakuje mi tylko jednego przedmiotu do uznania mojej nostryfikacji. Ale uwaga, uwaga... Ten ''raport'' jeszcze nas nie upoważnia do podjęcia studiów w celu uzupełnienia braków. Po roku dostałam kolejny papierek (czyt. raport z raportu...), w którym powiedziano to samo, ale oficjalnie i dodano, że mam cztery lata na uzupełnienie danego przedmiotu. Z tym właśnie papierkiem możemy składać podanie do jakiegokolwiek uniwersytetu hiszpańskiego. Ja wybrałam UNED, czyli prestiżową uczelnię ONLINE. Bez żadnych problemów (o dziwo!) stałam się więc znów studentką przedmiotu pt Lengua Española.
 GDZIE i jakie dokumenty złożyć?
  
Do każdej  nostryfikacji  należy złożyć kopie oficjalne* następujących dokumentów:
·       dyplom ukończenia studiów
·       wypis indeksu
·       dokument potwierdzający tożsamość
·       dokument potwierdzający uiszczenie opłaty

CENNIK oraz specjalny dokument służący do uiszczenia opłat (TASA), tzw. ´´modelo 790´´który trzeba wypełnić, wydrukować, zanieść do banku, np. Satander, a potem dołączyć jedną z kopii do pozostałych dokumentów, znajdziecie tutaj:
UWAGA Wypis z indeksu i dyplom ukończenia studiów MUSI być przetłumaczony przez TŁUMACZA PRZYSIĘGŁEGO zarejestrowanego wprzez hiszpańskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych (do znalezienia na stronie ambasady polskiej)
W przypadku nostryfikacji doktoratu, wymaga się dodatkowych dokumentów.
* Co oznaczają kopie oficjalne, czyli ‘’copias compulsadas’’?  Oznacza to, że najpierw kopiujemy wszystkie dokumenty wyżej wymienione, oprócz dokumentu potwierdzającego uiszczenie opłaty, w najbliższym ksero, a potem zanosimy je RAZEM z oryginałami do OFICINA de REGISTRO del Ministerio de Educación (w Madrycie na ulicy los Madrazo  przystanek Banco de España albo Gran Vía, czynne od 9-17 w dni powszednie oraz od 9-14 w soboty). Tam składamy dokumenty, po czym dostaniemy nasz numer ´´sprawy´´,tzw. número de expediente i… już.
W razie wątpliwości oraz w przypadku zmiany jakichkolwiek danych (np.zmiana zamieszkania, numeru telefonu, itp) po złożeniu dokumentów, udajemy się do INFORMACJI w tym samym miejscu (do niedawna trzeba było udać się na ulicę Alcala) 

Pozwolę sobie tutaj na obserwację, jako, że byłam tam już wiele razy, iż panie, które tam pracują, informują w zależności od swojego nastroju. Być może, jeśli akurat  traficie na ich dobry humor, to potraktują was w miarę życzliwie, ale nie liczyłabym na jakąkolwiek taryfę ulgową w kwestii języka hiszpańskiego. 
Czasami zastanawiam się jak można pozwolić osobom tak zupełnie obojętnym na trudności,jakie mogą mieć cudzoziemcy z językiem hiszpańskim na prace w miejscu, gdzie dla  większości interesantów jest to jednak język obcy. Dla zakończenia tej dygresji opowiem jeden z moich przypadków, w którym panina moją prośbę o powtórzenie informacji, podniosła do góry ulotkę informacyjną i cedząc  przez zęby głośno mnie  zapytała, czy mam problemy z czytaniem.
POWODZENIA z przecieraniem szlaków biurokracji hiszpańskiej, oby była to droga krótka  i bezbolesna  oraz... cierpliwości życzy autorka blogu!
INFO WEB:

PS Będę wdzięczna za info dotyczące przebiegu składania dokumentów w innych większych miastach Hiszpanii, tzn. gdzie znajduje się oficina de registro, informacja i wasze wrażenia oraz wskazówki.

Zapiski na szybko, czyli...

                                  Zapiski na szybko, czyli spostrzeżenia z dnia codziennego

30 grudnia  2011 * * *

Politycznie już ponarzekałam (artykuł o rychłych zmianach w Hiszpanii znajdziecie TU, czas więc na trochę pozytywnych przemyśleń. Jutro Noche Vieja i być może niektórzy z was spędzą ten wieczór w Hiszpanii. Dla tych, którzy sylwestrowych obyczajów w Hiszpanii nie znają, polecam przeczytać artykuł TU.

Jeśli będziecie się bawić w Madrycie, nie zapomnijcie wyskoczyć na Puerta del Sol i Gran Via, gdyż to tam tętnić będzie życie towarzyskie stolicy.


26 grudnia  2011 * * *

Byłam ostatnio w stolicy i wygłodniała prasy rzuciłam się na wszystkie darmowe gazety dostępne w Madrycie. Najpopularniejsze z nich to Qué!, 20 minutos oraz ADN. W jednej z nich znalazłam takie oto słowo, które powaliło mnie na nogi:

''lookazo''

Ta dziwaczna hybryda językowa to efekt ''zgrubienia'' (piszę o tym w artykule, który znajdziecie TU) połączonego z zapożyczeniem z języka angielskiego (więcej o tym zjawisku w hiszpańskim znajdziecie TU).
Zostawiam wam link do tego właśnie artykułu TU. Myślę, ze z kontekstu od razu można się domyśleć znaczenia tego słowa...! Z najserdeczniejszymi życzeniami świątecznymi żegnają się Zapiskazos!

wtorek, 6 grudnia 2011

Tropem matki i córki 2, czyli jak odczarować Majorkę w cztery dni


Mojej kochanej Mamie z podziękowaniami za cudowne towarzystwo, wytrwałość i cierpliwość!

Zacznę od końca: wróciłyśmy do Madrytu zmęczone, ale zupełnie Majorką oczarowane. No właśnie. Taką miałam cichą nadzieję, że odczaruję te niechętne opinie o wyspie, jakimi do tej pory byłam w Hiszpanii raczona, ale nie przypuszczałam, że spodoba mi się na tyle, aby obiecać sobie, że tam powrócę. Bądźmy szczerzy: w Hiszpanii Majorki się nie lubi. Majorka to, po pierwsze, już prawie Niemcy,a po drugie, mieszkańcy upierają się przy używaniu swojego lokalnego języka, który, O ZGROZO, podobny jest do katalońskiego. Dlatego też bliżej Hiszpanom do Wysp Kanaryjskich, choć te znajdują się od Półwyspu Iberyjskiego dużo dalej.

Ale wróćmy jednak do początku.

Na Majorkę wybrałyśmy się z Mamą w pierwszy długi weekend listopada. Skoro nie udało mi się mamy zaciągnąć do Jastrzębiej Góry, postanowiłam wykorzystać fakt, iż przyjechała odwiedzić mnie w Hiszpanii i, ku jej wielkiemu zdziwieniu, z dużej walizki kazałam się natychmiast przepakować w małą oraz zakomunikowałam, ze trzeba się wcześnie położyć spać, gdyż wyruszamy na Majorkę jutro o świcie. Na…Majorkę?, spytała zmęczona lotem do Madrytu Mama, ale… jak to?
Cofnijmy się jednak trochę przed początek.

Eskapadę na Majorkę zorganizowałam dwa tygodnie wcześniej przed przyjazdem Mamy i postawiłam na improwizację. Po zrobieniu małego researchu wśród rodziny i znajomych okazało się, że, owszem, o Lanzarote czy o Menorce mogłabym wiele rad uzbierać, natomiast Majorka, jeśli nawet się komuś przydarzyła, to było to dawno temu i nieprawda. Trudno, pomyślałam, lot zarezerwowany (do Majorki lotem Vueling, a z powrotem Ryanair), hotel ze śniadaniem też (śliczny hotelik na plaży w małej miejscowości pod stolicą Majorki, Palmy) – reszta się jakoś zorganizuje sama. Na szczęście dużo się nie myliłam. Majorka bowiem to niezwykle przyjazna turystom wyspa, choć z uprzejmością samych wyspiarzy niestety różnie to bywa.

Dzień pierwszy: Palma de Mallorca

Lądujemy rankiem na lotnisku w Palmie. Pierwsze, co uderza to niesamowita wilgotność powietrza. Drugie, to łatwość poruszania się po wyspie taksówkami, komunikacją miejską oraz wszechdostępność wynajmu samochodów. Już przy wyjściu z lotniska czeka na nas tablica z informacją o oficjalnych cenach wynajęcia taksówki do najbardziej popularnych miejsc. Zaraz za postojem taksówek, znajduje się przystanek autobusowy, z którego odchodzi parę autobusów w kierunku Palmy. Wszystko chodzi jak w zegarku. Zupełnie jak w Niemczech. Hm.

Bez problemy docieramy do hotelu i przez chwilę delektujemy się kawą tuż na plaży. Po kofeinowym zastrzyku nabieramy siły na nasz pierwszy przystanek: Palma de Mallorca.
Dojeżdzamy do miasta autobusem i od razu udajemy się do punktu informacji, który znajduje się na Plaza de España. Stąd też odjeżdzają wszystkie autobusy międzymiastowe, pociągi, metro oraz słynny pociąg Soller, o którym napiszę później. Panie w informacji są niezwykle chłodne, ale rzeczowe, i już po chwili wychodzimy z mapą miasta oraz garścią porad w ręku.

Mówi się, że w Hiszpanii najpękniejsze katedry to ta w Toledo, Sevilli, Santiago de Compostella oraz właśnie w Palmie. Jest to więc główny punkt zwiedzania. Po krótkiej wycieczce starym miastem (i znów te czyste i zadbane ulice!) naszym oczom ukazuje się niezwykła budowla. Widziałam już wszystkie wyżej wymienione katedry, ale ta przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Przez moment zaniemowiłyśmy z wrażenia. Niewiele bowiem może się równać pięknej konstrukcji wtopionej w krajobraz palm na tle morza. 
Katedra w Palma de Mallorca

Delektowaniu się widokami towarzyszy nam wyśmienity uliczny gitarzysta, który, jakby od niechcenia, gra cudowny Concierto de Aranjuez.


Po małym spacerze wybrzeżem, gdzie po raz pierwszy widzimy ścieżki rowerowe tuż nad samym morzem, przychodzi czas na obiad. Rzecz jasna będąc na Majorce należy bezwzględnie jeść ryby, owoce morza oraz, jak na Hiszpanię (a jednak) przystało: tapas. Ceny iberyjskie, kuchnia wyborna, obsługa zdecydowanie lepsza niż na Połwyspie.

Po obejrzeniu katedry nocą (och, warto!) wracamy do hotelu. Pani w recepcji informuje nas o zmianie na czas zimowy. Z pewnym siebie uśmiechem informuję ją, że oczywiście pamiętałyśmy. Po czym następnego dnia udajemy się na śniadanie dwie godziny za wcześnie. Coż, przynajmniej zyskałyśmy na czasie.

Dzień drugi: Soller i Valdemossa


Jedną z absolutnie rekomendowanych atrakcji na wyspie jest przejażdżka dziewiętnastowiecznym pociągiem z Palmy do uroczego miasteczka Soller. Widoki rozpościerające się z pociągu są rzeczywiście piękne, a i sama podróż takim antykiem to nie lada gratka. Po krótkim przystanku w Soller, przesiadamy się na tramwaj (kolejna dziewiętnastowieczna atrakcja) i udajemy się do Portu Soller. Widoki zapierają dech w piersiach! Morze, góry, zieleń….czego można chcieć więcej?

Port Soller


 Z Portu Soller autobusem (brawo, brawo dla komunikacji miejskiej na Majorce, naprawdę!) jedziemy do najpiękniejszego ponoć miasteczka na wyspie, gdzie nasz ukochany Chopin spędził romantyczny rok razem z George Sand…ku oburzeniu lokalnych mieszkańców. Dziś Chopin to chluba miasta, aczkolwiek ze wspomnień George Sand wiemy, iż za ich czasów tubylcy traktowali parę kochanków z niechęcią, a nawet wrogością. 

Sama podróż z Portu Soller do Valdemossa…mrozi krew w żyłach! Wyobraźcie sobie bowiem ogromny autokar balansujący nad przepaściami i pomykający z prędkością autostradową po wąskich, jednokierunkowych szosach.

Valdemossa to rzeczywiscie przeurocze i PRZEczyste miasteczko. Spędziłyśmy tam całe popołudnie spacerując szlakami Chopina  i George Sand…
Urocza uliczka w Valdemossa a obok pomnik Chopina

Dzień trzeci: Jaskinie Cuevas del Drach czy Cap de Formentor?

Kolejny dzień przyniósł nam dylemat.
Majorka to duża wyspa i z pewnością nie da się jej zwiedzić w cztery dni. Z rekomendacji pań z informacji wynikało, że jednym z obowiązkowych punktów wizyty są unikalne na skalę światową Jaskinie del Drach. Z drugiej strony miałyśmy ochotę na duże przestrzenie i piękne widoki, więc polecono nam też północ wyspy, a w szczególności Przylądek Formentor. Nie mogłyśmy się zdecydować do ostatniej chwili, ale przeważyła jednak opcja, jak to mama nazwała, ‘’młoda’’, bo polecana przez młodych ludzi…tak więc po godzinnej podróży znalazłyśmy się w porcie Pollenca, z którego już tylko parę kilometrów dzieliło nas od Cap de Formentor.

Cap de Formentor

W małym, ale przytulnym Porcie Pollenca w punkcie informacyjnym dowiadujemy się, że wycieczka na rowerach po Cap de Formentor jest raczej niewskazana, gdyż trasa wiedzie całą drogę pod górę. Zostaje nam opcja wynajęcia taxi. Po krótkiej rozmowie z taksówkarzem dochodzimy do porozumienia: co prawda nie spuszcza na oficjalnej cenie, ale w zamian obiecuje dać nam tyle czasu, ile chcemy na zwiedzanie oraz częste przystanki.

Podróż z Antonio w głąb przylądku

Antonio, bo tak się nazywał nasz przemiły andaluzyjski taksówkarz, nie tylko słowa dotrzymał, ale też stał się naszym przewodnikiem i fotografem :-)  Przez prawie trzy godziny zwiedziliśmy cały przylądek, którego ukoronowaniem jest przepiękny punkt widokowy z latarnią w roli głównej. Krajobrazy są rzeczywiście nie do opisania, a szczególną uwagę zwraca niesamowity błekit morza, gdzie niegdzie przetykany turkusowymi plamami. Po drodze do latarni zobaczyłyśmy jedną z piękniejszych plaż Majorki, playa de Formentor, niedaleko której znajduje się jeden z najbardziej snobistycznych hoteli w Hiszpanii, gdzie (ponoć) zbiera się często niemała celebrycka śmietanka.

Z playa de Formentor trasa wiedzie dalej w górę i po drodze należy obowiązkowo zatrzymać się na punkcie widokowym, z którego widać jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Majorki: ta mała niepozorna skała, którą widać na zdjęciu w tle. Skała jak skała, ale widoki na przepastny granat morza jest oszałamiający.


Polecam też skręcić na małą plażę (niestety my nie miałyśmy tej możliwości, gdyż zejście jest raczej daleko), których widoki podziwiałyśmy niestety z oddali:


Na koniec została nam więc słynna latarnia, którą można obejrzeć w parę minut, ale chyba lepiej poświęcić wiecej czasu na otaczające ją krajobrazy. I pora wracać do portu Pollenca. Antonio tak się już z nami zaprzyjaźnił, że nawet nam oferował obiad u siebie w domu. Coż, pewni byśmy skorzystały, gdyby nie fakt, że wciąż czekał na nas do zwiedzenia port Alcudia.

Port Alcudia

W przeciwieństwie do portu Pollenca i Soller, Alcudia nie powinna chyba być obowiązkowym punktem zwiedzania. Nie zabawiłyśmy więc tam dużo czasu i postanowiłyśmy wrócić do hotelu. Tam czekał nas pyszny obiad nad samą plażą, z ogromnym garnkiem małż w roli głównej.
Port Pollenca


Czwarty i ostatni dzień, czyli szlakiem dzikich plaż

Lot do Madrytu był zaplanowany na popołudnie, więc postanowiłyśmy wykorzystać czas na maksimum i udałyśmy się na wycieczkę rowerową szlakiem dzikich plaż, tzw. ‘’calas’’. Tak jak już wczesniej wspomniałam, ścieżki rowerowe na Majorce są nad samym morzem, a rowery można wynająć za ok. 5-8euro dziennie. Na pewno nie można przegapić tej atrakcji! Ścieżki rowerowe są bardzo dobrze zorganizowane, szerokie i świetnie oznakowane. Co jakiś czas należy zejść jednak z roweru i przeznaczyć parę chwil na podziwianie rozkosznych, dzikich plaż, które pięknie wkomponywują się w błękitne odcienie morza.
Dzika plaża na trasie rowerowej

Powrót do hotelu, szybko na przystanek, na lotnisko i…wycieczka się skończyła. Wróciłyśmy do Madrytu zmęczone, ale zupełnie Majorką oczarowane. Majorkę uważam więc za oficjalnie odczarowaną.

Jeden z przystanków na trasie rowerowej

Garść praktycznych info:

Pogoda nas nie zawiodła. Dużo słońca i krótki rękawek.

Kiedy najlepiej się wybrać na Majorkę? Na to pytanie Antonio odparł, iż najlepszy okres to wczesna jesień albo wiosna. Lepiej unikać lata, bo wtedy Majorka może nie o-, ale roz-czarować. Dzikie tłumy i ogólnie klimat nieprzyjemny.

Informacja dla turystów dostępna jest w każdym punkcie turystycznym.

Takie właśnie ścieżki rowerowe czekają na nas na Majorce
Jeśli wybieracie się na więcej dni, to koniecznie zwiedźcie wcześniej wspomniane jaskinie Cuevas del Drach. Można też wybrać się na rejs wokół wyspy lub na leżącą obok Menorkę. Interesującą opcją wydała mi się też plaża el Torrente de Pareis z dwoma 30-metrowymi skałami oraz Santuario de Lluc z plażą, którą wiele pytanych przeze mnie tubylców wskazało jako jedną z najpiękniejszych plaż Majorki. Jest zresztą jeszcze wiele, wiele ciekawych miejsc do odkrycia na Majorce przede mną!
Następna wyprawa...rowerem?

sobota, 1 października 2011

Jak odnowić TARJETA de RESIDENCIA po pięciu latach pobytu w Hiszpanii

Stuknęło mi więc już pięc lat w Hiszpanii. Jak wszyscy stali rezydenci wiemy,  że należy po tym okresie przedłużyć nasze pozwolenie na pobyt.

I tu niespodzianka: po pięciu latach należy się nam pozwolenie na pobyt stały, czyli, jak się dowiemy od pani, tudzież pana obsługującego nas w Oficina de Extranjería, pobyt stały w Hiszpanii oznacza 10 lat.

Krok pierwszy: cita previa

Ustalamy kiedy i gdzie musimy się udać, aby uzyskać przedłużenie pozwolenia na pobyt. Można więc zadzwonić pod numer: 902565701 lub zrobić to za pomocą strony internetowej: https://sedempr.gob.es/icpplus/citar

Osobiście polecam telefon, gdyż można trochę pomarudzic i ponaciskać, żeby przyspieszyć datę. Najpierw pan mi powiedział, że do grudnia (dzwoniłam w sierpniu) nie ma już miejsc, a potem nagle znalazło się ''hueco'' na wrzesień. Potem w urzędzie podsłuchałam, że czeka się przeciętnie trzy-cztery miesiące. Ważna więc rada: lepiej nie czekać z odnowieniem pozwolenia do ostatniej chwili.

Krok drugi: vamos a la oficina

Nie wiem, czy dla wszystkich, którzy chcą odnowić Tarjeta de residente w Madrycie jest ta sama Oficina de Extrabjeros, akurat mi trafiła się pod adresem Av.Padre Piquer 18, tuż przy przystanku metra Campemento.  Miałam się stawić o 11, udało mi się, wbrew madryckim korkom, dotrzeć wcześniej i dobrze zrobiłam, gdyż godzina jest orientacyjna, a poza tym czeka nas na wejściu dość niemiła wiadomość...

Krok trzeci: papeles, papeles

Przy wejściu dostaniemy informacje, że musimy najpierw:

- zapłacić 10,40euro w najbliższym banku (na szczęście są dwa banki blisko)
- wypełnić odpowiedni formularz
- dostarczyć kopie xero dowodu polskiego lub paszportu (obok jest poczta, gdzie można kserować,ale lepiej zaoszczędzić sobie tego stresu i przygotować kopie wcześniej, ja niestety o tym nie wiedziałam)

Po czym pan/pani wręczy nam numerek. Przyznam, że trochę się zdenerwowałam tym wszystkim i biegłam do banku i na pocztę z obawą, że nie zdążę, a przecież trzeba było wrócić szybko do pracy.

Krok czwarty: por fin!

Po godzinie czekania przyszła więc kolej na mnie. Dostałam kartkę A4, gdzie widniało oświadczenie, że mieszkam w Hiszpanii na stałe (czyt. ''na dziesięć lat)''. Żegnaj wygodna tarjeto de residente! Pani mi poradziła, żebym nosiła przy sobie tylko kopię tej kartki, a jeśli mnie zatrzyma policja (chyba zasłużyłam sobie na ten komentarz, bo nie miałam za ciekawej miny po porannych przeżyciach) to zawsze mogę obiecać, że oryginał dostanę później.
Uwaga: można poprosić o justificante (zaświadczenie do pracy)

I tyle z mojej strony. Za dziesięć lat znów będę musiała więc odnowić mój stały pobyt, kto wie, może już wtedy na okrągłe dwadzieścia?

O -itis, czyli dlaczego o bolącym pęcherzu w Hiszpanii się nie mówi


Dziś w zapiskach językowych będziemy praktyczni. Poruszymy temat zdrowia, a raczej choroby, a ściśle rzecz biorąc zajmiemy się najpopularniejszymi dolegliwościami i ich tłumaczeniem na język hiszpański.

My Polacy, choć szczycimy się wiedzą na temat chorób, do pięt Hiszpanom nie dorastamy jeśli chodzi o ich nazewnictwo. Walimy więc prosto z mostu i bez owijania: boli mnie pęcherz,mam problemy z krtanią, z migdałkami czy też z innymi częściami ciała i tak też pewnie byśmy przetlumaczyli to na hiszpański, czyli: me duele la vejiga, tengo problemas con la faringe, , etc. Uwierzcie, czy nie, kiedy Hiszpan usłyszy taką konstrukcję, nie bardzo zrozumie, o co wam chodzi.

I tu dotarliśmy do sedna sprawy: Hiszpanie, na tego typu dolegliwości i bez potrzeby udawania się do lekarza, znają ich nazwy łacińskie. I tak też, zamiast bólu w pęcherzu, podejrzewamy od razu, że mamy cistitis, jeśli zaniemówiliśmy, to pewnie faringitis, a problemy z żołądkiem przypisujemy wszechobecnemu gastritis.  I choć może Hiszpanie dokładnie nie będą wiedzieć , co oznaczają pozostałe –itis (dobrze, teraz już na poważnie, tłumaczymy –itis zazwyczaj jako zapalenie,np. cistitis - zapalenie pęcherza) to z pewnością rozpoznają amigdalitis (zapalenie migdałków),conjungivitis,(zapalenie spojówek) sinusitis (zapalenie zatok), dermatitis (zapalenie skróry),  rinitis (po naszemu katar) otitis (zapalenie ucha), etc.

Po tym krótkim kursie przetrwaniatitis możecie więc już i wy  śmiało nazywać rzeczy po imieniu!

niedziela, 26 grudnia 2010

Lanzarote, czyli diabelsko kusząca wyspa


W maju planowaliśmy krótki wypad do Polski, ale ceny biletów nas tak odstraszyły, że zaczęliśmy rozglądać się za innym miejscem na wakacje. Już od dawna kusiło mnie, aby wybrać się na Wyspy Kanaryjskie,a w szczególności na tajemnicze Lanzarote, które znałam z opowieści i zdjęć moich znajomych. Zrobiliśmy szybkie rozeznanie i okazało się, że trafiliśmy na  sezon niskich cen więc odłożyliśmy Polskę na sierpień.
   
Organizacja pobytu w trzech punktach

Na początku udaliśmy się do paru agencji turystycznych, ale ostatecznie bardziej opłacało się zorganizować wszystko na własną rękę. Najtańsze bilety lotnicze udało się nam kupić przez Easy Jet1 : dla odważnych polecam zakup biletów bezpośrednio na ich stronie i zrezygnować ze wszystkich ubezpieczeń oraz innych wygód (na przykład rezerwacja miejsc)  wtedy bilet wychodzi najtaniej, choć trzeba przygotować się na dzikie biegi wraz z innymi pasażerami, aby zając sobie jakieś nie najgorsze miejsce.

Hotele zawsze rezerwujemy przez www.booking.com i tak też zrobiliśmy tym razem. Po konsultacjach ze znajomymi wybraliśmy czterogwiazdkowy aparthotel Sand Beach Resort na wybrzeżu Costa Teguise,  bez wyżywienia, gdyż w domkach, jakie się wynajmuje, mieliśmy do dyspozycji kuchnię.

Trzeci ważny punkt naszej podróży obejmował wynajem samochodu - i tu czekała nas miła niespodzianka. Wynajęliśmy na cały tydzień samochód za jedyne 100€, a benzyna na Wyspach Kanaryjskich jest bardzo tania, gdyż omijają ją podatki. Bardzo polecam więc wynajem samochodu: jest to wygodna i dość ekonomiczna opcja poruszania się po Wyspie.


Reasumując, należałoby organizować pobyt w następującej kolejności:

  1. Sprawdzamy dostępność i ceny hoteli na Lanzarote, a następnie rezerwujemy ofertę: można na 24godz przed wyjazdem rezerwację odwołać bez żadnych finansowych strat
  2. Kupujemy bilet lotniczy
  3. Rezerwujemy samochód


Przydatne adresy internetowe



Lecimy na Lanzarote

 Oczywiście jeśli planujemy lot z Easy Jet lub innym przewoźnikiem tanich linii lotniczych, należy liczyć się z dość zabójczymi godzinami wylotu. Tak też było i w naszym wypadku, gdyż lot mieliśmy o 6 nad ranem. Na szczęście wszystko przebiegło gładko (nie wspominając zdenerwowanych pasażerów, którzy tłumnie rzucili się do samolotu, bezlitośnie spychając konkurencje na boki, aby zająć miejsce). Samo lądowanie było dla mnie niezwykłym przeżyciem, gdyż w pewnym momencie ma się wrażenie, że samolot wyląduje w wodzie.

Dalej wszystko również przebiegło zgodnie z planem: samochód już na nas czekał (ku naszemu zaskoczeniu dostaliśmy model z wyższej półki i na dodatek mogliśmy go odebrać godzinę wcześniej niż było planowane). W hotelu też zameldowaliśmy się bez najmniejszego problemu trzy godziny wcześniej (oficjalnie check-in zaczyna się od 14)

Hotel jak najbardziej spełnił nasze oczekiwania. Każdy domek wyposażony jest w kuchnię i trzeba przyznać, że wnętrza są przytulne i dobrze zorganizowane. Do dyspozycji mieliśmy też basen oraz prywatną hotelową plażę. Sam hotel znajduje się zaledwie  o parę kroków od oceanu i około 10 minut od centrum. Zakupy mozna było robić w hotelowym supermarkecie lub w  pobliskich samoobsługowych sklepikach.

Hotel bez wahania mogę polecić, natomiast ja osobiście wybrałabym jednak inną część wyspy do zakwaterowania, a w szczególności  Playa Blanca, gdzie widoki są niesamowite, a i plaże są dużo ciekawsze niż na Costa Teguise.  

Tajemnicze Lanzarote

Lanzarote to jedna z wysp wchodzących w skład archipelagu Wysp Kanaryjskich. Jest dużo mniej znana niż jej siostry Tenerife czy Gran Canaria, ale nie znaczy to, że mniej doceniana. Lanzarote bowiem to wyspa jedyna w swoim rodzaju: jej krajobraz jest zdominowany przez drzemiące wulkany, które ponad 300 lat temu pogrzebały pod lawą nie tylko całą florę i faunę, ale przede wszystkim zmiotły z powierzchni ziemi prawie wszystkie osady ludzkie. Tragedia z czasem zamieniła się w błogosławieństwo; mieszkańcy nauczyli się wykorzystywać dobrodziejstwa lawy, a księżycowy, nieco szatański krajobraz coraz bardziej przyciągał turystów. Obecnie Wyspowicze utrzymują się przede wszystkim z turystyki. Dlatego też planując budżet na nasz pobyt na Lanzarote trzeba uwzględnić bilety wstępu do najmniejszej nawet atrakcji turystycznej. My postanowiliśmy nie żałować na ten cel pieniędzy i zobaczyć wszystko, co tylko możliwe. Jeśli wychodzicie z takiego samego założenia, polecam zakup na samym początku pobytu, specjalnego biletu, który obejmuje wstęp do wszystkich miejsc wartych zobaczenia: można zaoszczędzić w ten sposób nie tylko sporo pieniędzy, ale i też wysiłku. Ceny wejściówek kupowanych oddzielnie oscylują pomiędzy 4 a 8€ i dochodzą do 14€

Zwiedzamy Lanzarote

Najważniejsze strefy turystyczne na Lanzarote to:

1. Costa Teguise
Według mnie nie jest to najładniejsza część Wyspy, ale z pewnością jest dobrze położona jako baza wypadowa do robienia wycieczek. Znajduje się blisko stolicy Lanzarote Arrecife oraz lotniska. Dobre miejsce dla miłośników windsurfingu i innych sportów wodnych. Do tego rodzaju rozrywek polecana jest w szczególności najbardziej znana plaża Teguise: 'Las Cucharas'
2. Playa Blanca
Zdecydowanie mój faworyt jeśli chodzi o zakwaterowanie. Piękne widoki, cudowne plaże, wspaniały klimat do odpoczynku.
3. Puerto del Carmen
Jeśli waszym priorytetem przy wybieraniu zakwaterowania jest jest ilość restauracji, klubów nocnych oraz sklepów i lubicie miejski gwar, to polecam poszukać czegoś właśnie w Puerto del Carmen.

Najważniejsze atrakcje turystyczne - według mojej subiektywnej opinii - od najciekawszej w dół:

Absolutny mus. Przyprawiające o gęsią skórkę spotkanie twarzą w twarz z wulkanami. Park Narodowy Timanfaya robi ogromne wrażenie. Bilet wstępu obejmuje przejażdżkę autobusem pomiędzy najbardziej spektakularnymi wulkanami; doświadczenie porównywalne z jazdą na kolejce górskiej, ponieważ autobus jest duży, ledwo się mieści na wyznaczonych ścieżkach i często chybocze nad przepaściami.
Warto również zajrzeć do muzeum wulkanicznego, gdzie możemy nawet przeżyć symulację wybuchu wulkanu. Wejście do muzeum gratis.
Dla tych, którzy chcieliby spróbować przejażdżki na wielbłądach  - taka opcja również istnieje.

Kolejne niesamowite wręcz cudo Lanzarote. Los jameos del agua to jaskinie wydrążone przez lawę, w których mieści się ekskluzywna restauracja, bar oraz małe muzeum.
Dwa razy w tygodniu w restauracji odbywają się małe koncerty folklorystyczne. My skusiliśmy się na taki koncert przy wyśmienitej kolacji zakrapianej winem (uwaga: niekoniecznie z Lanzarote - Wyspa nie dorobiła się jeszcze dobrych win). Koszt takiej kolacji z deserem oscyluje w granicach 50€. Warto trochę pogłodować, żeby potem wydać zaoszczędzone pieniądze na taką ucztę.

Punkt widokowy na Lanzarote (na zdjęciu z widokiem na wyspę La Graciosa), który po prostu zapiera dech w piersiach. Wstęp płatny.  
 
  1. El Golfo2
Niesamowita gra kontrastów,  czerń plaży miesza się z różnymi odcieniami czerwieni skał i szmaragdowym kolorem jeziorka Charco de los Clicos (na zdjęciu poniżej)  
Jeziorko zawdzięcza swoją nietypową barwę kamieniowi półszlachetnemu Olivina, który miejscowi wykorzystują (obok samej lawy) do wyrobów biżuterii. Polecam kolację przy zachodzie słońca, które jest widowiskowe.
 
  1. Fundación César Manrique, casa de Tahíche
Duch artysty Césara Manrique  unosi się w prawie każdym zakątku Wyspy. To głownie dzięki niemu Lanzarote zaistniało na mapie turystów, nie tracąc przy tym swoich walorów naturalnych. Artysta całe życie walczył o ochronę środowiska i wizerunku wyspy; jemu zawdzięcza Lanzarote brak wieżowców czy wysokich hoteli oraz jednolitą, białą barwę domów, ale przede wszystkim to on zaprojektował główne atrakcje turystyczne, takie jak: Jameos del Agua, Mirador del Río, Jardín de Cactus.

César dodał też ciekawego, modernistycznego uroku swojej ojczyźnie; na wyspie można podziwiać wiele z jego konstrukcji oraz jego dom, który po śmierci artysty stała się niezwykle atrakcyjnym muzeum.
Cesar Manrique zmarł tragicznie w wypadku samochodowym.

  1. Najładniejsze Plaże:
Playa Blanca, Playa Dorada, Playa Mujeres, Playa de Papagayo (na dwie ostatnie wstęp płatny,3€) Playa de Famara (gdzie można podziwiać piaskowe wydmy)

Wstęp bezpłatny. Podwodne skały, o które rozbijają się fale z ogromną mocą. Niezapomniane przeżycie i, jak zwykle, bajeczna gra kolorów.
Na zdjeciu na poczatku artykulu.


Wstęp bezpłatny. W tym miejscu, które przypomina dywan podzielony na kwadraty, wydobywa się sól morską.

  1. La Cueva de los Verdes
Po spektakularnych Los jameos del agua można się na  La cueva de los Verdes zawieść - tak było w naszym przypadku. Po jaskini oprowadza przewodnik; opowiada barwne historie po hiszpańsku oraz po angielsku. Wstęp płatny.

  1. Guinate Tropical Park"Show de papagayos / bilety kupuje się oddzielnie, wstęp 1os kosztuje 14E
Tropikalne zoo. Przyznam, że spodziewałam się czegoś na kształt safari i dlatego tam się wybraliśmy. Jeśli jesteście fanami zoo, polecam.




Oraz dwa miejsce, do których ostatecznie nie dotarliśmy:

Wyspa La Graciosa
Jedna z sąsiadujących z Lanzarote wysepek słynąca z pięknych, spokojnych plaż, gdzie można odpocząć od turystów. Codzienne organizowane są przeprawy na wysepkę z portu Orzola.

Zaprojektowany przez Cesara Manrique. Wstęp płatny.



Jedzenie

Jedzenie to bardzo ważna część pobytu na Lanzarote! Wyspa słynie przede wszystkim z bardzo dobrych, świeżych ryb oraz z tzw papas arrugadas z mojo (na zdjęciu poniżej), czyli małymi ziemniakami w skórce podawanymi z sosem mojo: zielonym i czerwonym. Polecam też owoce morza.
 
Tak jak wcześniej napisałam, bardzo polecam wybrać się na romantyczną kolację w Los jameos del agua, albo chociaż na drinka.

Koszt obiadu dla dwóch osób to wydatek z rzędu 25€/35€.

Pogoda

Wyspy Kanaryjskie nazywane są też  Las islas de la eterna primavera, czyli Wyspami wiecznej wiosny, a to dlatego, że ich klimat jest łagodny, z bardzo stabilnymi temperaturami, które oscylują pomiędzy 22 i 25 stopniami i więcej, rzadko kiedy spadają poniżej 10 stopni. Nie zapominajcie jednak o ochronie przeciwsłonecznej, gdyż ze względu na dość silny wiatr nie odczuwa się prawie słońca. Po pierwszym dniu na wyspie, mieliśmy oboje znaczne poparzenia słoneczne na twarzy i ramionach.


Dla kogo Lanzarote?

Lanzarote to wyspa dla ciekawych przygody, oryginalności, lubiących wędrówki oraz dla tych, którzy szukają miejsca w miarę spokojnego jeśli chodzi o liczbę turystów (szczególnie po sezonie, czyli wiosną i wczesnym latem)

Odradzam tym, którzy przede wszystkim chcą plażować- inne wyspy archipelagu lepiej się do tego nadają oraz tym, którym przeszkadzać będzie brak zielonych pejzaży - Lanzarote to wyspa wulkaniczna i nie należy spodziewać się bujnej dżungli.

Nas Lanzarote oczarowało do tego stopnia, że planujemy tam jeszcze wrócić. Przemknęło nam nawet przez myśl osiedlenie się na wyspie, ale takie plany byłyby na razie w sferze marzeń. Pozostają nam więc wspomnienia i zdjęcia w lanzarotowych czarno-lazurowo-czerwonych barwach...



Na dobry koniec: inne drobne ciekawostki

Ø      Polecam wybrać się na obiad do portu Orzola (na przykład przed przejażdżką na La Graciosa), żeby skosztować przepysznych ryb, np. bonito.
Ø      Lanzarote jest przede wszystkim ulubionym miejscem na wakacje dla Anglików oraz Niemców. Nie dziwi więc ogromna ilość restauracyjek oferujących po bardzo przystępnej cenie prawdziwe...English breakfast dla amatorów bekonu z jajkami.
Ø      Jeśli macie w planach jakieś wydatki typu aparat fotograficzny, kamera wideo itp, radzę wstrzymać się z zakupami do wyjazdu na Lanzarote. Sprzęt można kupić naprawdę po okazyjnej cenie i należy się targować! Jeśli sprzedawca nie jest chętny do opuszczania ceny, zmieniamy sklep. Najlepiej udać, że nie jesteśmy przekonani co do zakupu produktu i nawet zagrać va banque i zabrać się do wyjścia ze sklepu - można wtedy uzyskać super cenę. My zrobiliśmy to dość bezwiednie, gdyż naprawdę nie chcieliśmy niczego kupić i cena kamery wideo spadła nagle o jakieś 40 procent! Jak już zakupimy towar, koniecznie trzeba na miejscu sprawdzić co nam wkładają do pudełka.
Ø      Wyspa obfituje w rożnego rodzaju zapełniacze czasu turystów, wystarczy się tylko dobrze rozejrzeć lub odwiedzić przed wyjazdem strony poświęcone Lanzarote. I tak, na przykład, Lanzarote słynie ze znakomitego pola golfowego, basenu typu Aquapark, można też się przejechać na go-karts, nauczyć się bądź doszlifować surfowanie, nurkowanie, jazdę konną i na wielbłądach. Istnieje też spory wybór rozrywek typu SPA.
Ø      Na Lanzarote przesuwamy zegarek o godzinę do tyłu




Wyjaśnienia do tekstu
1.  Bilety kupowaliśmy na trasie Madryt-Lanzarote. Jeśli ktoś ma informacje na temat cen biletów Warszawa-Lanzarote (zapewne z przesiadka) bardzo prosiłabym o kontakt.
2. Atrakcje z punktów 4,7 i 8 są w tym samym rejonie. Można je zwiedzać w kolejności: 8,7,4 lub 4,7,8

Przydatne linki

Do poczytania o atrakcjach turystycznych Lanzarote, zawiera cennik, godziny otwarcia i telefony:
http://www.residentecanario.com/index.php?option=com_content&task=blogcategory&id=69&Itemid=104


                                      AKTUALIZACJA: lato, 2011

I znów poniosło mnie na Lanzarote! Tym razem był to pobyt bardzo spokojny i nastawiony na podziwianie widoków, krajobrazów, delektowanie się słońcem i dobrym jedzeniem. Z wycieczek ''dorobiliśmy'' tylko wyspę La Graciosa, o której zaraz opowiem.


Na malutką wyspę La Graciosa można się dostać promem z portu Órzola. W sezonie promy odchodzą bardzo regularnie, ale radzę dokładnie zapoznać się z powrotami, żeby przypadkiem nie utknąć na wyspie na noc.

Czy warto się tam wybrać? La Graciosa przede wszystkim słynie z ładnych, piaszczystych plaż. Więc jeśli macie ochotę spędzić cały dzień wylegując się na plaży, to jest to dobra opcja. Ciekawą opcją dotarcia do plaż, które znajdują się spory kawałek od portu, jest wynajęcie taksówki terenówki. La Graciosa nie ma dróg asfaltowych, więc taka przejażdżka to nie lada gratka!

Tym razem zakwaterowaliśmy się na Playa Blanca. Tak jak pisałam w poście z 2008 roku (wyżej) jest to miejsce bardzo malownicze, z pięknymi, przepastnymi widokami na ocean.
Plaże są bardzo przyjemne i można naprawdę dobrze zjeść, wypocząć, a w specjalności polecam długie spacery brzegiem morza.

Dla tych, co od skalistych, czarnych krajobrazów wolą soczystą zieleń polecam Majorkę, na której byłam dwa miesiące temu i którą opisuję TU